wtorek, 3 lutego 2009

part I

Serdeczne pozdrowienia z zaśnieżonej Anglii!

Chwilowo zatrzymałem się w pokoju u kolegi z roku, Michała, którego gościna jest taka, jaką sobie można jedynie wymarzyć...

Pierwszych wrażeń jest stosunkowo dużo, sam nie wiem od czego zacząć... Anglicy uchodzą na świecie za ekscentryków i myślę, że słusznie. Ludziom z innych krajów nie chce się bawić w różne śmieszne rozwiązania...

Jednym z nich są na przykład krany. Nietypowe jest w nich występowanie podwójnego kurka: na gorącą i zimną wodę. Wynika to podobno z oszczędności. Chodzi chyba o to, że należy zawsze zatykać kran kurkiem aby cała woda, jaka przepływa, nie została zmarnowana. Skutkiem czego, jak idę się kąpać w wannie (do tej pory nie miałem okazji używać prysznica jeszcze), to na jedną nogę leci mi ukrop, na drugą - lodowata woda. I trzeba regularnie mieszać, jak podczas gotowania. Innym skutkiem jest np. problem podczas mycia zębów. Bez użycia kubka - niewykonalne. Ale najbardziej wkurza mnie, kiedy chcę umyć włosy bez kąpieli. W Polsce wystarczy wsadzić głowę pod bieżącą wodę - i po sprawie. A tu... pod którą bieżącą wodę?

Ale takie właśnie rzeczy sprawiają, że czuję, że jestem daleko, nie u siebie - i chyba o takie właśnie atrakcje tu chodzi. Przynajmniej to nastawienie mnie jeszcze nie opuściło...

W poniedziałek, kiedy Michał odsypiał nocne naukowe boje, wybrałem się na pierwszą samodzielną wędrówkę (a w zasadzie pierwszą w ogóle) po Sheffield. Jak zwykle, jak się wychodzi totalnie spontanicznie, "na Jana", to bywa ciekawie...

pomnik pamięci ofcerów I i II Wojny Światowej

miasto jest bardzo górzyste

Wszędzie idzie się "pod górę" lub "w dół" a nie "w prawo" lub "w lewo". Kiedyś w podstawówce, jak się uczyłem angielskiego, nie mogłem zrozumieć, czemu Anglicy - zamiast mówić "w lewo, potem w prawo i prosto" - mówią "idź w górę lub w dół". Kiedy pytałem Michała "jak gdzieś tam trafić?" - też mi powiedział "idź pod górę". Wyspy mają widocznie taką specyfikę, że łatwiej się tłumaczy wertykalnie...

Poniżej zdjęcie snehulaka - w związku ze śniegiem wszystkie Erasmusy, zwłaszcza te egzotyczne z okolic równika, przeżywają wzmożone podniecenie

Kolejna z rzeczy, które dają o sobie nieustannie znać na początku, to kierunek jazdy. Kiedy jechałem autobusem spod lotniska, patrzyłem na szybę kierowcy z przodu, nieustannie odnosiłem wrażenie, że zaraz się rozbije ze wszystkimi jadącymi z naprzeciw samochodami. Teraz z kolei, jak chcę przejść przez ulicę, patrzę nie w tym kierunku co trzeba (powinienem w prawo a patrzę w lewo). Nie dziwne, że zawsze wydaje mi się, że droga jest wolna (bo siłą rzeczy - jeśli patrzę źle - żaden samochód na tym pasie przybliżać się do mnie nie będzie). Więc wskazane - uważać.

słynne angielskie double-deckery

Tak więc, wybrałem się na wycieczkę po mieście. A czym Polak za granicą zainteresuje się najpierw, jeśli ma tam trochę pomieszkać? Alkoholem nie, bo jest potwonie drogi - odpada. Chociaż słyszałem, że w tesco można kupić litr whisky (tesco value - czyli produkt tesco) za 7 funtów. Ja się zainteresowałem najpierw cenami - co, gdzie, gdzie nie i po ile. I po ile nie...

Idąc do sklepu podziwiałem jak Anglicy umiłowali sobie kolejki... Nie ważne, czy to ma sens, czy nie. Ważne, żeby stać w kolejce...

przycisk pozwalający przejść na drugą stronę ulicy

Dość ciekawym zjawiskiem są tutaj tzw. 'poundlandy', czyli sklepy w których można kupić wszystko za funta (lub nawet poniżej). Nie ma to żadnego powiązania z asortymentem sklepów: są kosmetyki, jedzenie, książki, edukacja, artykuły samochodowe, narzędzia, no, dosłownie wszystko (nawet te rzeczy związane z elektroniką, które opłaca się sprzedać za funta, się tu znajdzie - opakowania na płyty). I nie są to sklepy dla ubogich, wszyscy tu kupują. Najfajniejsza rzecz, jaką znalazłem, to taki mały blaszany pojemnik na alkohol (piersiówka czy jakoś tak). Ale tak w sumie, jak się zastanowiłem... Wleję w nią, niech będzie, tą tesco whisky - i co? Pójdę na uczelnię na zajęcia i w przerwie pieprznę sobie whisky? W sumie to chyba jej nie potrzebuję, choć jest bardzo fajna. Poprzestałem na kupnie dużego kremu czekoladowego, litrowego napoju mleczno-truskawkowego, litrowego szamponu - a w drugim poundlandzie: dużego makaronu spaghetti i małej patelni (podobnej kiedyś używaliśmy w teatrze)... Byłoby bez znaczenia czy napój jest litrowy czy nie, czy słoik duży czy mały... gdyby nie to, że w tym drugim sklepie podziękowałem kasjerce za drugą siatkę, po czym po kilku minutach siatka się rozerwała - i przez następne 50 minut (tyle zajęła mi droga powrotna "na orientację") niosłem to w rękach. Z siatki wypadł słoik z kremem czekoladowym. Rozbiła się plastikowa zakrętka, a cały szklany słoik pozostał bez rysy.

Wieczorem poszliśmy do barku "Tapton Bar", znajdującego się na parterze akademika Tapton Hall of Residence, w którym Michał zdecydował zamieszkać i przygarnąć rodaka na kilka dni. Tylko w kilku akademikach są takie bary, więc Tapton Bar przyciąga erasmusów z całej okolicy.

katedra anglikańska

Uwielbiam bilard... I tu znowu panują brytyjskie standardy. Bile są mniejsze, a biała jest jeszcze troszkę mniejsza od reszty. Pomimo, że w Polsce gram stosunkowo często (kiedy tylko jest ku temu okazja) i radzę sobie z tym jakoś - a Michał mówi że gra sporadycznie - dostałem od niego tak mocno w d. że przykro było patrzeć... Ja to sobie tłumaczę, że jestem przyzwyczajony do wspólnego rozmiaru wszystkich bil i na dodatek trochę większych (kąty, geometria itp.)

a to prawdopodobne wieża ratusza

A teraz siedzę i czytam dokumenty związane ogólnie z całym wyjazdem - formalne zapisywanie się na kursy, program zapoznawczy, akomodacja i tym podobne sprawy... Żegnam się w myślą że wszystko uda się załatwić pomyślnie!

Snuję plany wycieczki do tesco - ale tym razem wezmę ze sobą niezniszczalną leklerkową siatkę!

serdeczne pozdrowienia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz